Poważne gotowanie czas zacząć. Ciasta już piekę, kotlety smażę, zupy gotuję… przyszedł więc i czas na rosół. Ulubione (zaraz za przygotowywanymi przeze mnie „piersiami z kurczaka”) danie mojego Krzysztofa. Zdobyłam kurę, warzywa i przepis. Po krótkich i rzeczowych, telefonicznych konsultacjach z teściową postanowiłam sprawdzić się w nowej roli. W roli „rosołoprzygotowywacza”. Sądząc po pomrukiwaniach i mlaskaniu Krzysztofa – spełniłam się w tej roli znakomicie.
Mam nadzieję, że będę kiedyś na miejscu tej Pani… a jeśli ktoś nie zrozumiał co mam przez to na myśli, napiszę jeszcze dosadniej – ja też tak chcę! Latanie to naprawdę niezła frajda, a ten film jest na to doskonałym dowodem i przykładem. Co prawda sama latałam do tej pory jedynie szybowcem i był to lot czysto rekreacyjny (a nie akrobacja), ale wrażenia mam po tym na tyle dobre, aby… chcieć „wycisnąć z życia jeszcze więcej”. Mam nadzieję to marzenie kiedyś spełnić i obym miała przy tym tyleż samo frajdy co bohaterka przedstawionego tu przeze mnie filmu.
Zainspirowana notką Krzysztofa pt. „Top 10 Low Pass Flyby’s of All Time” przedstawiam „kosiaka wodnego”, gdzie zarówno wielbiciele lotnictwa, jak i wodnych sportów ekstremalnych znajdą coś miłego dla siebie. Mam nadzieję, że częściej będę oglądała tego typu filmiki i miała więcej czasu na ich wynajdywanie. Dodaję do ulubionych i polecam wszystkim.
Kilka dni temu wpadła mi w ręce ulotka sklepu Carrefour. Nie jestem tam częstym gościem (Carrefour znajduje się na drugim końcu Torunia), a ulotkę przejrzałam czysto z ciekawości (porównując w głowie ceny najczęściej kupowanych produktów). Nie rozumiem idei walentynek i nigdy ich z moim narzeczonym nie obchodziłam (chyba, że idea jest taka, by sprzedać jak najwięcej badziewia z napisem „Love” którego normalnie nikt by poza tym jednym dniem nie kupił, a czego i tak nikt normalny nawet w tym równie głupim dniu nie zrobi). W tym roku pośród tego całego ogólnodostępnego badziewia znalazła się jedna, jedyna i w pełni „wyjątkowa” propozycja dla zakochanych.
Chciałam zrobić sobie poranną kawę… ale okazało się, że „kawa” leci już prosto z kranu (w dodatku cieplutka- wystarczy tyko podstawić kubek). Dziś co prawda nie było kolęd, ale znów mnie coś zaskoczyło. Ble… i fuj.